Olimpijska bujda na płozach

Rafał Stec
10.02.2014 , aktualizacja: 10.02.2014 00:01
A A A Drukuj
Bruno Banani

Bruno Banani (Fot. BRIAN SNYDER / REUTERS)

- Dlaczego w bobslejowych dwójkach nie mieliby wystąpić Procter z Gamble'em, dlaczego na nartach nie miałaby pobiec Zara, z biatlonistami porywalizować T-Mobile? - zastanawia się w felietonie o Bruno Bananim Rafał Stec.
Kiedy bułgarski kibic Marin Lewidzew toczył przed kilkunastu laty zwycięską prawną batalię, by zmienić imię i nazwisko na Manchester United, awanturował się w afekcie, gdyż zwyczajnie kochał klub do szaleństwa, co bardziej egzaltowani koledzy po szalu pewnie się wzruszali, że dla barw idzie na wojnę z systemem. Startujący na igrzyskach w Soczi saneczkarz z Tonga postanowił stać się panem Bruno Bananim ze względów praktycznych - to nawet nie był jego pomysł.

Oficjalna wersja historii też chyba miała nas wzruszać, oczywiście dodatkowo bawić, oto 21-letni student informatyki ze skąpanego w słońcu archipelagu na Oceanie Spokojnym podkochuje się w księżniczce Salote Mafile'o Pilolevu Tuita, jedynej córce miłościwie panującego Tupou IV, marzy wręcz o małżeństwie, pragnie jej zaimponować, bierze udział w konkursie na pierwszego zimowego olimpijczyka w dziejach królestwa. Konkurs wygrywa - jest atletycznie uzdolniony, uprawia rugby - choć zatem nigdy nie widział śniegu i nie słyszał o istnieniu sanek, będzie ćwiczył zjeżdżanie nimi po lodzie. Zupełnie przypadkiem nazywa się tak, jak znana marka odzieżowa z Chemnitz, którą udaje się namówić na finansowanie jego treningów, przekonywanie jest tym łatwiejsze, że ojciec Bruno Bananiego uprawia palmy kokosowe, a firma Bruno Banani wkrótce wypuści na rynek linię bielizny "Moc kokosa" ("Coconut power"), Bruno Banani będzie potem w wywiadach bez ustanku podkreślał, że czerpie swą moc z kokosa - już w Niemczech, gdzie zamieszka, by szkolić się przy reprezentacji będącej saneczkarską potęgą i konsultować się z multimedalistą z lat 90. Georgiem Hacklem. Zbyt zgrabne, żeby było prawdziwe.

***

Wersję nieoficjalną reporterzy "Vancouver Sun" zaczęli odkrywać w 2011 roku, przy okazji wyścigów Pucharu Świata w Whistler w Kanadzie, po kilku miesiącach anatomię oszustwa ujawnił tygodnik "Der Spiegel". Casting na zimowego olimpijczyka Tonga istotnie się odbył (cztery lata wcześniej), istotnie patronowała mu księżniczka Salote Mafile'o Pilolevu Tuita, która o konsultacje poprosiła znajomego z kalifornijskiej agencji Makai, specjalizującej się w niekonwencjonalnych formach reklamiarskich, w branży znanych jako marketing partyzancki. To ona znalazła biznesowego partnera dla zwycięzcy konkursu, który nazywał się Fuahea Semi; wciągnęła w zmowę tongijski rząd, który po sześciu miesiącach negocjacji zgodził się wręczyć naszemu bohaterowi nie tylko nowy paszport, ale i nowy akt urodzenia; przebranżowiła w hodowcę palm kokosowych jego ojca, który uprawiał maniok; dopisała wątek miłosny do motywacji chłopca, który zwyczajnie zapragnął wystąpić na igrzyskach. A ten wpadł, kiedy zyskał zbyt dużą popularność. Dopadli go wypytujący o detale z życia osobistego dziennikarze. Zbyt często sprawdzał na kartkach, co powinien odpowiedzieć.

Nie wiadomo, czy wypracował już odruch odwracania głowy na dźwięk słowa "Banani". W każdym razie działacze MKOl wpadli w furię ze względów biznesowych. Choć prezes Thomas Bach, gdy był jeszcze wiceprezesem, potępiał ten "perwersyjny pomysł marketingowy" za "zły smak", to wiadomo, że firma Bruno Banani popełniła inną ciężką zbrodnię - włamała się do komercyjnej twierdzy olimpijskiej - terytorium zarezerwowanego dla kilku oficjalnych sponsorów, i to zarezerwowanego bezwarunkowo, aż poza granice nonsensu. Każdy korespondent zna to z różnych wielkich imprez sportowych, mnie też szlag trafiał, gdy w RPA na stadionach mogłem się napić wszystkiego, jeśli tylko miałem ochotę na jedną z tych obrzydliwych, kolorowych, przesłodzonych cieczy ze znakiem towarowym Coca-Cola lub produkowaną przez ten koncern bonaquę, najbardziej paskudną znaną mi wodę mineralną. A innych szlag trafiał, gdy musieli wyrabiać na miejscu tymczasową kartę VISA - płacenie inną było zakazane.

Wielu ludzi, którzy zetknęli się z tym fundamentalizmem osobiście, czuje schadenfreude zawsze, gdy ktoś zdoła znaleźć lukę w systemie, zwłaszcza że przez ów system np. na mistrzostwach świata globalne koncerny zarabiają tam, gdzie mogliby zarabiać lokalni przedsiębiorcy. W omawianym przypadku sytuacja się o tyle komplikuje, że Bruno Banani sam jest jednym z tych koncernów, a jego zgoda na projekt - jak mawiają w korponarzeczu, to poetyckie słówko musiało tutaj paść, w pewnych kręgach będzie prawdopodobnie jedynym zrozumiałym - jest kolejnym przejawem zjawiska tyleż bijącego po oczach w sporcie, co dotykającego całej rzeczywistości - postępującej komercjalizacji wszystkich sfer życia, promującej degradującą zasadę, że rzeczy nie na sprzedaż nie istnieją.

Jeśli sądzicie, że w przypadku tongijskiego saneczkarza objawia się kapitalizm w szczególnie wulgarnym wydaniu, to grubo się mylicie, wszak kupuje się już przestrzeń reklamową na ludzkich czołach. Pewna samotna matka z Utah, potrzebująca pieniędzy na naukę syna, wytatuowała sobie na twarzy internetowy adres kasyna. Zysk - 10 tys. dolarów. A biorąc pod uwagę, jak łatwo nawet zwykłemu amatorowi dostać się na igrzyska, o ile pochodzi z egzotycznego kraiku - wszyscy pamiętamy Erica Moussambaniego z Gwinei Równikowej, który ryzykował utonięcie w wyścigu na 100 m kraulem na igrzyskach w Sydney - to Bruno Banani otwiera ocean możliwości. Dlaczego w bobslejowych dwójkach nie mieliby wystąpić Procter z Gamble'em, dlaczego na nartach nie miałaby pobiec Zara, z biatlonistami porywalizować T-Mobile?

***

Banani jest wniebowzięty i wdzięczny. Lubi opowiadać, że w jego kraju najwyższa dozwolona prędkość jazdy samochodem to 70 km/godz., a na sankach sunie się nawet dwukrotnie szybciej, chwali się też, że uprawia jedną z najbardziej niebezpiecznych dyscyplin. W niedzielnym olimpijskim debiucie zajął 32. miejsce, wyprzedzając aż siedmiu startujących. Po igrzyskach wjedzie na wielkie ekrany - agencja Makai od początku filmowała jego pięcioletnią wyprawę z Tonga do Soczi, teraz zmontuje jeszcze tylko obrazki olimpijskie i roześle dokument po festiwalach. Będą tam i sceny dramatyczne - przecież Fuahea niemal awansował już na igrzyska w Vancouver, zaledwie kilka miesięcy po pierwszym w życiu kontakcie ze śniegiem. Niestety, w decydującym wyścigu miał wypadek, zabrakło mu punktu, przytomność odzyskał w szpitalu.

Amerykanom trik z przemianą Fuahei w Bruno raczej się podobał. Niemcy raczej się oburzali, sugerowali wręcz, że jego udział w olimpiadzie jest zagrożony (nielegalna reklama). Ja z kronikarskiego obowiązku archiwizuję pierwszy żywy marketingowy gadżet na igrzyskach i zastanawiam się, czy komukolwiek z Bruno Banani GmbH przemknęło przez głowę, by pomóc Semiemu, nie żądając w rewanżu zmiany imienia i nazwiska. Tongijczyk dziury w całym nie szuka - choć bliscy z przyzwyczajenia wołają nań Fuahei, wszystkim nowo poznawanym ludziom od kilku lat przedstawia się jako Bruno. I przysięga, że to imię znaczy dla niego zbyt wiele, by zamierzał kiedykolwiek się z nim rozstać.

Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

  • 4
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX